Piotr Pietucha

terapeuta, socjolog, pisarz…

Terapia


"Zastanów się, o ile częściej cierpisz z powodu swego gniewu i żalu, niż z powodu rzeczy, które wprawiają cię w gniew i wzbudzają żal".

Marek Aureliusz

Czego możesz się spodziewać?

       Terapia to tajemnicza wyprawa w "kosmos własnego wnętrza". Fascynująca i trochę przerażająca. Rozumiem jak trudno jest czasem się na nią zdobyć.
       Rolę terapeuty postrzegam jako "towarzysza podróży". Staram się stworzyć warunki, w których każdy może dotrzeć do źródeł swoich problemów i uwierzyć, że potrafi te problemy przezwyciężyć.
       Pomagam nabrać sił i odwagi, aby zmierzyć się z koniecznością zmian.
       Jestem przekonany, że wiedza o sobie samym ( Kim jestem? Czego chcę? Jak siebie traktuję? Co jest dla mnie najważniejsze? ) jest nie tylko kluczem do uzdrowienia i rozwoju ale warunkiem harmonijnych relacji z ludźmi i szczęśliwego życia.

       Od prawie 40-tu lat pracuję z ludźmi potrzebującymi terapii i emocjonalnego wsparcia.
Doświadczenie zawodowe zdobywałem m.in w instytucie psychiatrii i neurologii w Warszawie, w szpitalu uniwersyteckim Huddinge w Sztokholmie, a także w wielu ośrodkach terapeutycznych w Polsce i w Szwecji.

Kontakt

Aby umówić się na wstępną konsultację proszę o kontakt telefoniczny w godzinach 11-15.
Telefon do mnie: 503 733 448.
Jeżeli chcesz skontaktować się ze mną mailowo bardzo proszę skorzystaj z formularza kontaktu.
Dziękuję.

Dojazd

Gabinet znajduje się w Warszawie - Mokotów przy ulicy Puławskiej, 5 minut od stacji metra "Wilanowska".

Artykuły związane z terapią:

Pułapki przeszłości

        Bywa, że nasze małżeńskie sprzeczki sprawiają wrażenie ciągle tej samej, niekończącej się awantury. O co tak naprawdę w nich chodzi ? Czy kłótnie o pieniądze, wakacje, wychowanie dzieci nie kryją pod spodem tego samego, nierozwiązanego od lat konfliktu ?
        Miałem kiedyś w terapii typowe małżeństwo Teresy i Jana. Ona pochodziła z zamożnego domu podwarszawskich sadowników, właścicieli szklarni. Jej rodzice zajęci biznesem nie mieli zbyt dużo czasu dla dzieci. Ale mieli wobec nich duże wymagania. Matka pod maską starannej opiekuńczości była despotką. Drobiazgowo zainteresowana aktywnością dzieci podczas jej nieobecności - nie czyniła tego z ciepłej troski, raczej z potrzeby kontroli i zagłuszania poczucia winy, że się nimi nie zajmuje. Była surowa, wymagająca, niecierpliwa, nie znosząca sprzeciwu. Często dziećmi manipulowała - stosowała metody zastraszania, ośmieszania, nagradzania za osiągnięcia - pieniądze lub obietnice za wykonywanie narzuconych przez nią zadań czy obowiązków.
        Ojciec się nie wtrącał do spraw domowych, usprawiedliwiając się firmą. W sytuacjach spięć był nieobecny duchem. Teresa pomimo uzdolnień i talentów wyrosła na osobę niepewną siebie, nieśmiałą, zakompleksioną. Wycofywała się z wielu atrakcyjnych sytuacji, nie wierząc, że im sprosta. Delikatna, podkochiwali się w niej wrażliwcy, ale ona marzyła o silnym i zaradnym, męskim opiekunie.
        W rodzinie Jana najważniejszy był ojciec - nadużywający alkoholu oficer. Swoich synów wychowywał ostrą, karzącą ręką. Mama była cichą, pogodną kobietą cierpliwie znoszącą los podwładnej. Kochała synów i zajmowała się nimi z czułością. Kiedy Jan miał 16 - ście lat ojciec zmarł na zawał. Matka wpadła w depresję, Jan jako najstarszy z rodzeństwa przejął rolę głowy rodziny. Zawsze był poważny - nad wiek dojrzały i odpowiedzialny - dość typowa rola najstarszego z dzieci w rodzinie z problemem alkoholowym. Nic dziwnego, że na uczelni, gdzie razem studiowali od razu przypadł do gustu Teresie.
        Pobrali się, kiedy Jan był na ostatnim roku prawa, ona nie dokończyła studiów. Po 10 - ciu latach burzliwego związku znaleźli się o krok od rozwodu. Broniąc się przed ostateczną destrukcją zdecydowali się na terapię małżeńską. Oboje rozgoryczeni, nieszczęśliwi. On, właściciel dobrze prosperującej firmy, znalazł sobie kochankę - młodą, przebojową bizneswoman. Nie chciał, lub nie potrafił porzucić dla niej swojej rodziny. Teresa czuła się wykorzystana - własne aspiracje zawodowe, zainteresowania porzuciła na rzecz rodziny. Zajmując się dziećmi i domem była od zawsze na utrzymaniu ( ,, łasce i niełasce" ) męża.
        Dopiero sesje terapeutyczne, w które się uczciwie zaangażowali, odsłoniły, w jak dużym stopniu byli ofiarami własnej przeszłości. Teresa od początku znajomości z Janem brnęła nieświadomie w coraz większą od niego zależność. Z pozoru o czymś takim marzyła, ale te jej pragnienia były ilustracją jej wewnętrznych przekonań o bezradności, gorszości, które już dawno temu wprogramowała jej w obraz samej siebie bezwzględna, egocentryczna matka. To zepchnęło w kąt jej zdrowe aspiracje i ambicje, zahamowało niezależność. Myślała jednak, że taka jest i że realizuje swoje marzenia, układając po swojemu swoje życie z Janem. Nie chciała być jaj jej matka - egoistycznym tyranem.
        W rzeczywistości spełniała życzenia matki - oszukana przez nią, uwierzyła , że nigdy nie będzie silna i samodzielna. Podświadomie sabotowała siebie, przerywając studia i skwapliwie korzystając z okazji by dać się ,, ubezwlasnowolnić ". Oczywiście, że mogła postępować inaczej, ale z perspektywy czasu wydawało się jej, że ,, życie tak się ułożyło i nie miała innego wyjścia ". Analizując przeszłość, Teresa przyznała, że jej kolejne wybory stały się samospełniającą się przepowiednią: ,, chciałam być z dziećmi, stworzyć ciepły, przytulny dom, mieć kochanego, przedsiębiorczego męża. Niestety jej ideał i wybawca, po latach przeistoczył się we władczego tyrana, powtarzającego w innej wersji zachowania matki. Umocnił w niej chorobliwą zależność i negatywny obraz samej siebie.
        Z kolei Jan w okresie narzeczeństwa czuł się u boku Teresy jak dzielny i mądry superman. Taki obraz samego siebie był mu potrzebny od dawna do walki z wrogim światem. Lubił nawet tę maskę twardziela, do czasu, gdy mu na dobre przyrosła do twarzy, uniemożliwiając normalne, ludzkie oblicze. Z czasem zaczęła ciążyć, nawet gdyby chciał nie potrafiłby sobie pozwolić na żadną słabość. Wszystko zależało od niego, los rodziny spoczywał na jego barkach. Ale był tym coraz mocniej zmęczony, czasem czuł się niemal wypalony. I oboje - zamiast ,, żyć długo i szczęśliwie ", trwali w obłędnym tańcu fałszywych gestów, półprawd, iluzji.

        Taka nieświadoma gra dewastuje związek. Jan spotkał inną - ambitną, samodzielną, przebojową. Przy nie mógł odpocząć od odpowiedzialności, zejść z ,, pozycji niezłomnego pomnika ". Kochanka zajęła się nim z wyrozumiałą czułością, odkryła pokłady wrażliwości. Akceptowała jego prawdziwe ,, Ja", słabości. Kryzys wypalenia, spowodowany narzuconą Janowi jeszcze w dzieciństwie rolą, zastąpiła radosną nadzieją bycia prawdziwym. Na którejś z sesji terapeutycznych Teresa z Janem wspominali dawne przekonanie o tym,, że dobrali się jak w korcu maku ". Nie mylili się, ale prawda bywa wielowymiarowa: dobrali się dobrze pod względem wyniesionych z dzieciństwa okaleczeń emocjonalnych.
        Psychoanalitycy zajmujący się terapią par uważają, że związek małżeński przez rodzaj zależności, bliskości w dużym stopniu przypomina układ rodzic - dziecko. Jako dorośli bywamy ambiwalentni : z jednej strony chcemy być rozsądni i niezależni, z drugiej - nadal żywa jest w nas strona dziecinna, domagająca się bezwarunkowej akceptacji, opieki, uciekająca w świat fantazji, romantycznej miłości. W zdrowym związku partnerzy korzystają z płynnej równowagi między tymi biegunami swojej osobowości. Raz jedno jest bezradne i szuka pociechy, współczucia u drugiego, innym razem role się zmieniają. To wzmacnia związek, pozwala wejść każdemu w rolę dorosłego i dziecka oraz zrozumieć, co się wtedy czuje, czego oczekuje od drugiego. Kiedy role się usztywniają, jedna zamienia się w nieporadne dziecko, druga staje się etatowym rodzicem i zaspokaja potrzeby biernego czy roszczeniowego partnera. Ci nadmiernie aktywni co sycą się odgrywaniem wszechmogącego i ci chronicznie zdziecinniali mogą mieć podobną przeszłość: nie rozwiązali problemu własnej autonomii. Może byli w swoich rodzinach nadmiernie chronieni ( kontrolowani ), despotyczni rodzice tłumili przejawy ich samodzielności. Nic dziwnego, że w dorosłym związku mniej lub bardziej świadomie prowokują powtórzenie sytuacji zmuszających ich do zależności od partnera. Inni na podobne przejścia z dzieciństwa reagują odmiennie - są przesadnie dorośli, wstydzą się i boją jakiejkolwiek słabości. Chętnie upajają się władzą, wchodzą w rolę szefa, mają ochotę dominować. Wyżywają sie na słabszych, demonstrują swoją siłę, znaczenie. Obronna mistyfikacja, typowa pseudodojrzałość - nieświadoma i nieudana próba walki z własną niedorosłością. Być może w dzieciństwie nie mogli okazać nieporadności, albo byli karani, ośmieszani za mazgajstwo.

        Nierealistyczny obraz siebie jest wystarczającym powodem do osobistego dramatu. Dużo gorzej, gdy fałszywa fasada dotyczy dwojga osób. Wtedy przekłada się to na patologię związku. Początkowe ,, braterstwo dusz " , miłosno - symbiotyczna wspólnota podobnie pokrzywdzonych dzieci, szybko obraca się przeciwko nim. Problem w tym , że źle traktowanego dziecka nie da się w sobie zbyć czy zagłuszyć. Nosimy je w sobie - jak wszystko co trudne i bolesne- mocno zepchnięte do nieświadomości. Ono się jedna ciągle domaga: zadośćuczynienia, akceptacji, uśmierzenia bólu. Ma wpływ na nasze dorosłe życie: pokusy, impulsywne decyzje, nieuświadomione, destrukcyjne wybory. Kiedy dorosłe,, nieszczęśliwe dzieci" łączą się w pary, tworzy się między nimi potężna siła spajająca, ale też konfliktująca. Zrastają się bliznami. Jeśli nie są świadome swoich wewnętrznych konfliktów, a ich związek przetrwa pierwsze ,,ślepe " namiętności, będą żyły na wulkanie. W pozornej zgodzie półprawd, niedomówień, unikania konfrontacji, które w każdej chwili mogą eksplodować i zagrozić trwałości związku.

Miłosne Uzależnienie

        Pasja miłosna przypomina czasem obłęd. Jesteśmy zaślepieni, nieracjonalni. Gdy przeżywamy taką namiętność, ludzie przestają nas rozumieć. Nikt nie jest nam w stanie wytłumaczyć, dlaczego to może być dla nas szkodliwe.
        Pewien paryski psychiatra i psychoterapeuta, pracujący w klinice uzależnień od narkotyków, pisząc książkę, pragnął zobrazować zdrowym ludziom na czym polega piekło odwyku. Opisując objawy głodu zauważył podobieństwo między narkomanami a szaleńczo zakochanymi. Jedni i drudzy przestają widzieć realnie, ich uzależnienie zniekształca odbiór rzeczywistości. Okazuje się, że drugi człowiek może się okazać dla kogoś wyniszczającym narkotykiem. Objawy i skutki uzależnienia bywają podobne. Po opublikowaniu książki zgłosiło się do niego - specjalisty od toksykomanii - mnóstwo osób. Chcieli poddać się terapii - wyrwać z piekła, ale nie narkotyków, lecz miłosnej pasji. Zgłaszali się na odtrucie, odwyk od drugiego człowieka - obiektu swojego szaleństwa. Zarówno kobiety jak i mężczyźni, którzy przedawkowali miłosną ekstazę.
        Zrobili pierwszy, poważny krok w terapii, przyznając: ,, - Tak, jestem uzależniony i cierpię. Nie chcę więcej niszczyć siebie i bliskich.
Wśród pacjentów znaleźli się szacowni dyrektorzy rujnujący życie dla lolitek, młode matki gotowe rzucić męża dla cynicznego kochanka, sekretarki zadurzone w szefach. Kiedy miłość, która zaczyna się namiętnością, nie przeistacza się w prawdziwe, dojrzale uczucie, ale osuwa się w szaleństwo ? Dlaczego niektórzy są wobec nie bezradni, dają przyzwolenie na przekraczanie granic normalności, destrukcję?
        Miałem podobne przypadki w moim gabinecie. Jedna z moich pacjentek szukała w terapii odpowiedzi na takie pytania po latach wyniszczającego związku ,, z mężczyzną jej życia ". Gdy go poznała, była młodą absolwentką prawa. Znalazła pracę w dużym koncernie. Tam poznała jego - był szefem jej działu. Fantastyczny, czuły, romantyczny facet. Ukrywali ten romans ze względu na firmę i jego życiową sytuację - był w trakcie przedłużającej się sprawy rozwodowej. Gdy w końcu się rozwiódł, ona zmieniła pracę na gorszą, by mogli się pobrać. Ale niestety nawet nie zamieszkali razem. Po pięciu latach związku na jego warunkach ( ona zawsze czekająca i dostępna, on zawsze dawkujący siebie według własnego uznania i ,, możliwości " ), zamiast z nim zerwać, była... jeszcze bardziej dostępna. Uzależniała od niego dni, weekendy, wakacje, życie. Odkładane w ostatnim momencie wyjazdy, odraczane daty ślubu, nie wynajęte mimo poszukiwań wspólne mieszkanie. Wszystkie te niedogodności przyćmiewała namiętność i wspaniały seks. Czuła się szczęśliwsza od koleżanek wegetujących w nudnych stadłach. Unosiła się w przestworzach pasji, gotowa niczym call - girl na każde wezwanie kochanka. Aż do dnia, kiedy wpadła do niego nie zapowiedziana i zastała z inną. Zastygła sparaliżowana w fotelu i przesiedziała tak kilka godzin. Nie pamięta co się z nią działo. Partner wezwał w końcu pogotowie. Kilka lat upłynęło, czując depresję poddała się terapii. W jej trakcie nadal nie potrafiła zrozumieć swojego chorego uzależnienia: ,, nie byłam sobą - jak w jakimś transie - na przemian w ekstazie i udręce, całkowicie uzależniona od targających mną namiętności ".
        Szaleńczo zakochani stajemy się ofiarami tragicznego paradoksu: inny człowiek staje się jedynym lekarstwem na chorobę, której jest powodem. Wywołuje w nas nienasycenie, bo nie jest z nami naprawdę. Nie jest partnerem w stabilnym związku, który daje poczucie bezpieczeństwa. Niedostępny ( dostępny na własnych warunkach ) obiekt obsesyjnych uczuć jest w dużej mierze naszym urojeniem. Drażni zmysły, dręczy obsesyjnymi pragnieniami, karmi iluzją całkowitego zaspokojenia. Być może psychoanalitycy mają rację - miłosna pasja ma ścisły związek z przeżyciami z wczesnego dzieciństwa, kiedy ktoś inny - matka - zaspokajał wszystkie nasze potrzeby. Karmiła, pieściła, chroniła, była całym światem. Jej znknięcie powodowało niepokój, cierpienie, rozpacz. Ponowna obecność była niczym zmartwychwstanie - jej bliskość wywoływała stan bezpiecznej błogości. Paniczny strach przed porzuceniem rośnie z nami i przenosi się na inne osoby. W dorosłym życiu nie umiemy być sami - lękamy się, tęsknimy, szukamy wybawienia w miłości innego. Jakbyśmy z czyjąś pomocą pragnęli ożywić siebie samych: glodnych, owładniętych tęsknotą, nadzieją pełnego spełnienia w ekstatycznej symbiozie. Zatracając się w milosnej pasji, zrzekamy się siebie, oddajemy władzę i kontrolę nad swoim szczęściem i cierpieniem komuś innemu. A potem udręczeni umieramy z miłości, bowiem taka pasja ociera się o śmierć własnego ,, ja". Całkowite oddanie, szaleńcza utrata zmysłów umożliwia ucieczkę od egzystencjalnej samotności, która wynika z ludzkiej kondycji, daje ,, mityczno -platońskie " poczucie jedności z drugim.
        Współczesność różni się od poprzednich epok obsesją na punkcie indywidualizmu. Wolność stała się nie tylko przywilejem, ale prawem jednostki, dla niektórych nieznosnym obowiązkiem. Wszechwładza indywidualizmu ma blaski i cienie. Człowiek przerażony ilością wyborów, w chaosie możliwości i pragnień, przytłoczony odpowiedzialnośćią za kształt i jakość swojego życia może się bojaźliwie blokować, wycofywać. Chorobliwym objawem takiego lęku i rezygnacji z pragnień, ambicji, w końcu z samego siebie może być depresja. Poczucie pustki, ochronny paraliż uczuć sabotuje, uniemożliwia dobre relacje z innymi. Nadmiar negatywnych uczuć bywa tak dojmujący, że odcinamy się od nich, czasami nie czując już prawie nic. Jak to się ma do pasji ? Tak jak do naszych naturalnych pragnień i impulsów więzionych w klatce. Czasami wyrywają się na wolność, rozrywają nas na strzępy. Nagła eksplozja długo blokowanych emocji może przybrać formę płomiennego romansu, zamienić w obsesyjną namiętność. Ożywieniem - podświadomą ucieczką z zimnego piekła depresji. Z drugiej strony dzisiejsza rzeczywistość kusi niczym diabeł - rozbudza pragnienia: mieć, być, przeżywać, doświadczać, zmieniać. Poprawna, spokojna miłość stoi w sprzeczności z potrzebą ostrej jazdy, ekstremalnych doświadczeń, niecodziennych przeżyć.
        Dla wielu dzisiaj transgresja to esencja istnienia: zakochać się do szaleństwa, przeżyć romantyczną przygodę . ,, Ona jest kluczem do mnie, do mojego ciała i duszy " - wyznał mi młody student szaleńczo zakochany w starszej kobiecie. Zglosił się na terapię pod wpływem zaniepokojonych rodziców. Przerwał studia i zamieszkał na prowincji z kilkanaście lat od niego starszą partnerką. Być może jego miłosne zatracenie nie jest tylko oznaką autodestrukcji, może ma głębszy sens. Może dało temu rozpieszczonemu jedynakowi desperacką siłę i odwagę, by uwolnić się z kokonu rodzinnych pieleszy, spod kurateli nadopiekuńczych rodziców ? Szczególny rodzaj inicjacji w dorosłość, czy może regresja - powrót w opiekuńcze ramiona matki - w tym wypadku starszej kochanki ? Intensywny romans może być wyzwoleniem, doświadczeniem siebie, lekcją życia. Pozwala na kontakt z trudnymi, głęboko ukrytymi popędami. Pozwala odkryć prawdziwszego siebie. Za czym gonię, o czym marzę, czego naprawdę potrzebuję, ile jestem w stanie za to zapłacić ? Takie mocne doznania, nawet jeśli wiążą się z popełnionym życiowym błędem pozwalają doświadczyć głębszego wymiaru egzystencji. Można prawdziwiej istnieć. A że wiąże się to z ryzykiem. No cóż taka jest czasem wysoka cena prawdy. A poza tym jak mawiali starożytni : ,, errare humanum est " - ,, błądzić jest rzeczą ludzką. ,, Ale uczucie jest boskie ! " - dodał ktoś znający życie.

Czarno - Białe Schematy

        Czy człowiek jest istotą racjonalną ? Można mieć spore wątpliwości. Często ufamy swoim uczuciom, słuchamy podszeptów intuicji, postępujemy wbrew zdrowemu rozsądkowi. Ale czy to jest właściwy dylemat: prawdy serca kontra prawdy rozumu ? A może sam rozum został już wcześniej zdeprawowany fałszem, schematami, stereotypowym myśleniem ? Zamiast harmonijnie współdziałać z emocjami, rozsądek woli powtarzać stare błędy i zamąca trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość. Prawda stara jak... starożytność, bo już wtedy Epiktet powiedział: ,, Nie samo życie jest powodem naszego nieszczęścia, ale sposób w jaki je odbieramy.
        Są myśli i słowa będącymi truciznami niszczącymi zdrowy osąd. Jak łatwo przychodzi nam powtarzanie: ,, oni zawsze ", ,, nie zniosę tego dłużej", ,, mam tego dosyć ", ,, nigdy się nie zmieni ". Tego typu kategoryczne konstatacje są tak naprawdę fałszywe, zamącają umysł, wiodąc na manowce bezradności. Drobiazgi urastają do rangi symboli, wyolbrzymiamy słowa i zachowania, wyrywając je z kontekstu konkretu. Nie przykre wydarzenia wytrącają nas z równowagi, ale sposób w jaki o nich myślimy. Życie to fabryka zdarzeń i mimo, że na wiele nie mamy wpływu, to własną interpretacją faktów, decydujemy o tym co nas dręczy, przerasta, frustruje.
        Aby to lepiej zrozumieć, posłużmy się przykładem kilku kobiet, którym przydarzyła się podobna okoliczność - ich mąż zapomniał o ich urodzinach. Panią A ogarnął smutek: ,, przestałam być dla niego ważna, chyba mnie już nie kocha ". Pani B wpadła we wściekłość: ,, on jest egocentrycznym, zapatrzonym w siebie dupkiem, nie liczy się z moimi uczuciami". Pani C odczuła niepokój: ,, to znak, że oddalamy się od siebie, może nadchodzi kryzys ". Pani D pomyślała o swoim zapracowanym mężu: ,, biedak jest tak zagoniony, że mógł zapomnieć ". Jak widać reakcje są różne i wiele mówią o nas samych. Pani A pomyślała o sobie - zapewne było w tym sporo jej poczucia braku wartości. Być może jej reakcje wobec zachowania jej męża potwierdzają jej od niego zależność: jestem niewiele warta, a jego miłość to główny fundament mojego znaczenia, sensu istnienia. W pani B obudziła się agresja. Chociaż czyn męża nie musi mieć oznak wrogości czy lekceważenia, jest zraniona i opanowują ją wściekle - destruktywne emocje. Pani C reaguje niespokojną refleksją na temat swojego związku. Jest jednak na tyle dojrzała i spokojna, by nie reagować lękowo czy impulsywnie. To może stworzy przestrzeń do rozmowy z mężem. Pani D dobrodusznie i empatycznie zatroszczyła się o męża. Może stawia jego dobro na pierwszym miejscu, a może jej samopoczucie i jakość jej małżeństwa są na tyle dobre, że nie ma powodów do negatywnych interpretacji postępku męża.
        Jak wyraźnie widać, nasze przekonania są rodzajem filtrów, przez które oceniamy zdarzenia z własnego życia. Wiele z nich jest fałszywych, nieadekwatnych, kompletnie irracjonalnych. To właśnie one rodzą negatywne emocje, które przybierają postać żalu, roszczeń, pretensji. Stanowią pożywkę dla destrukcji, dewastują. Reagujemy źle - ogarnia nas wściekłość, rozpacz, lęk. Przestajemy jasno rozumować, stajemy się depresyjni, nieobliczalni. Jakaś wizja czy projekcja staje się obsesją, przeczucie nieuchronną tragedią, nieważny gest ostatecznym przekreśleniem. Zaślepieni emocjami nie umiemy nabrać dystansu, zrozumieć co się naprawdę dzieje. Ale nie emocje są tego powodem. To błędy poznawcze wypaczają myślenie i uczucia.
        Psychoterapia stwarza szansę aby się takim, często nieświadomym mechanizmom przyjrzeć, i ewentualnie - z pożytkiem dla jakości życia klienta - skorygować. Tkwiące w nas przekonania są jak Matrix programujący nasz świat. Przechowujemy je bezrefleksyjnie - niczym genetyczne dziedzictwo rodzinnych prawd - nadając im moc obiektywności. Jaki jest świat, kim są ludzie, jacy jesteśmy my - sztywny, nienaruszalny często program wtłuczony nam do głów przez lękowych rodziców, ograniczone przyjaciółki, cyniczne media, anachroniczną szkołę, prowincjonalną kulturę. Zajrzyjmy do własnych głów - ile tam zatwardziałych przekonań, ugruntowanych stereotypów, bezrefleksyjnych, ostatecznych prawd. Prawdziwa kopalnia uprzedzeń, nieufności, kompleksów. Nie jest łatwo wyzwolić się od tego, co od lat uznaje się za nienaruszalne prawdy gwarantujące złudne często poczucie bezpieczeństwa. Psychoterapia to proces sensownej modyfikacji wielu nieadaptacyjnych przekonań i postaw. Nie tylko łagodzi ale także eliminuje nękające pacjenta problemy. Jest sprawdzonym kluczem do mądrzejszego i bardziej sensownego życia.

Kłopoty mężczyzn

        Kobiet się rodzi więcej niż mężczyzn i czasem wygląda na to, że natura wyposażyła je w szerszą skalę emocji i osobowości.. W porównaniu z nimi mężczyźni sprawiają wrażenie emocjonalnie zabiedzonych, z jakiegoś powodu pozbawionych dostępu do bogactwa uczuć i reakcji. -,, Siedzi cały weekend przed telewizorem, nie odzywa się. Nie mam z nim kontaktu. Nie umiem do niego dotrzeć " - słyszę ustawiczne skargi moich klientek. Powtarzają się jak zwielokrotniona, bolesna mantra. Emocje, umiejętność dzielenia się z nimi są tunelem przez który kontaktujemy się z innymi. W męskim świecie, w męskich filmach więźniowie kopią tunel miesiącami, by wydostać się na wolność. Niekoniecznie do kogoś.
        Niezdolność dostrzegania uczuć u siebie i u innych, a także niemożność mówienia o nich zaczyna się traktować jako objaw patologii. Ten szczególny rodzaj emocjonalnej ślepoty dotyka głównie mężczyzn. Niektórzy naukowcy twierdzą, że jest to uwarunkowane kulturowo i biologicznie - płcią. Kobiety wykazują większą zdolność empatii, ich mózgi potrafią lepiej dostrzegać i interpretować reakcje bliźnich. Natomiast męskie mózgi mają ponoć większe zdolności usystematyzowanego, logicznego myślenia. Kiedy zajęto się tymi kwestiami bliżej, okazało się, że ślepota uczuciowa nie jest spowodowana brakiem uczuć, lecz ich tłumieniem. Nie jest to więc żaden wrodzony defekt organiczny, lecz raczej wymuszona strategia przetrwania traumy dzieciństwa.
        W pierwszych latach życia każde dziecko identyfikuje się z matką. Niestety, będąc chłopcem, musi z tej ,, żeńskiej tożsamości " dość wcześnie zrezygnować. Nie tylko w naszej kulturze jest ona przejawem niedoskonałości, słabości. ,, Nie płacz - nie jesteś babą ! ", ,, Musisz być dzielny " powtarzają malcowi dorośli. Krytykowany chłopiec coraz częściej odrzuca to, co kobiece, zgodnie z uproszczoną, dziecięcą logiką: czarno - białe, męskie - żeńskie. Często przez ( świadomą lub nie ) manipulację dorosłych kategorycznie wypiera się swojej żeńskiej strony, a więc przede wszystkim uczuć i potrzeb związanych z relacjami ( w bliskości jest największe ,, zagrożenie" uczuciami. Jest to zazwyczaj bolesna operacja na otwartym sercu. Odbywa się przez groźby, upokorzenia ( ,, nie maż się jak baba ! " , poniżające zawstydzanie ( ,, mięczak" , ,,cipa", ,, maminsynek" ), szantaże ( ,, tak się nie zachowuje prawdziwy mężczyzna, weź się w garść ! " ). Przywykliśmy do takiego terroru, sami takie metody nieświadomie stosujemy.
        Kanony takiego ,, wychowania" zalegają niezwykle silnie, powodując automatyzm zachowań i reakcji, nawet u najbardziej świadomych, zdających sobie sprawę, że to są przejawy patriarchalnej, krzywdzącej psychikę, mentalności. Nic dziwnego, że pierwszy, najżywszy i najważniejszy ludzki kontakt - z własną mamą - zaczyna się rwać, związki uczuciowe zostają ośmieszane, wrażliwość emocjonalna wyszydzona. Osamotniony w ten sposób chłopiec często koncentruje się na sobie. Na własnych upodobaniach, kompetencjach. Umacnia je kosztem relacji z innymi, pogłębiając izolację. Konsekwencją tego w dorosłym wieku może być egocentryczny facet z hobby, z obsesyjnym bzikiem, który go pochlania na tyle, ze nie potrzebuje żadnego związku z kimkolwiek. I często jest z tego dumny ( przyklaskuje mu narcystyczna współczesność produkująca ludzi nie preferujących harmonijne współdziałanie, współbycie, lecz nastawiona na rywalizację i egoistyczny, indywidualny sukces ). Odcinając się od empatii, kilkuletni chłopiec oducza się wchodzenia w uczuciowe relacje. Popychany i przymuszany do bycia ,, mężczyzną ", często we własnym otoczeniu nie znajduje odpowiedniego wzorca, autorytetu. Ojcowie bywają nadal nieobecni, jeśli nie fizycznie ( zagonieni za kasą, realizujący własne potrzeby ) to emocjonalnie, bo najczęściej sam jest ofiarą podobnych praktyk - nie umie okazywać czułości, bliskości i boi się jej. Zostają najprostsze przyklady do naśladowania, te najbardziej jednoznaczne: bohater, hip- hopowy blokers - gangster, wierny kibic, filmowy macho - twardziel. Kultywowane i prymitywizowane w grupie rówieśników, są okrojoną, karykaturalną postacią męskości, człowieczeństwa.
        Tracąc raj dzieciństwa, odcinając się od matki, chłopiec odcina się od własnych uczuć. Musi w sobie zniszczyć delikatność, tęsknotę za bliskością, zanegować wrażliwość. Jeśli nie zrobi tego sam, ,,pomogą " mu bezlitośni rówieśnicy. Pięścią, niszczącym szyderstwem, ostracyjnym upokorzeniem. Dziecko nie mogące w grupie czuć lęku, wzruszenia, będzie je ośmieszało u innych. To wczesne kastrowanie emocji ma katastrofalne skutki. Chłopiec, tlumiąc pragnienie bliskości, wypracowuje umiejętność unikania kontaktu. W dorosłym życiu ucieka przed bliskością, miłością albo nie potrafi o nią zadbać. Pragnie jej, ale jest zbyt zamknięty w sobie, zbyt egocentryczny, by to okazać. Nie potrafi jej w żaden sposób kultywować. Wyrósł na ,, emocjonalny zakalec " - syndrom, który doprowadza kobiety do rozpaczy. Może być porządnym facetem, wiernym, pracowitym, ale kobietom nie to nie wystarcza - chcą kontaktu uczuciowego: czułości, pieszczot, uwagi, miłych słów.
        Wielu współczesnych mężczyzn tak żyje - w delikatnym świecie uczuć poruszają się jak automaty. Inni pełni wyuczonej galanterii są jak fałszywi rycerze zakuci w zbroje. Pancerze przeciwko bliskości, mające ich chronić przed zranieniem, uniemożliwiają ciepły, czuły dotyk. Zatwardziałość serca to nie jest często dobrowolny wybór - to efekt wieloletniego przymusu, obrony, ucieczki przed udręką czucia- nieczucia. Jest wśród nas przerażająco wielu mężczyzn, którzy cierpią na paraliż uczuć, odrętwienie emocjonalne. Przybiera ono różne postaci destrukcji: od depresji po ucieczkę przed nią w nałogi: alkoholizm, pracoholizm, seksoholizm. Bywa, że kryje się pod maskami typowych męskich obsesji czy fanatyzmów: politykierstwa - nienawiści do przeciwników własnych poglądów, frenetycznego kibicowania, konsumpcji pornografii, erotycznych podbojów, narcystycznego parcia na szkło i sukces, wielogodzinnych sesji przed telewizorem czy w internecie. Alkohol czy narkotyki są w przypadku takich, emocjonalnych trudności lekarstwem wyjątkowo zgubnym: potrafi je blokować w postaci ,, zalewanego robaka", albo je nieudolnie wentyluje w chwilowym haju czy bełkotliwym rozrzewnieniu.
        Mężczyzni noszą w swoim wnętrzu pokłady smutku, lęku, niewiary w siebie. Nie nauczyli się, co z tym ciężkim bagażem zrobić. Często jest tak głęboko zepchnięty, że nie czują już bólu lub boją się drążyć, aby go nie poczuć. Nie zwracają się o pomoc, bo są nieufni i tego nie potrafią, zresztą byłoby to dowodem słabości ( n.p. zgłosić się na psychoterapię ), a tego się boją najbardziej. Więc jedyne co potrafią z tym bólem zrobić, to go stłumić lub zanegować. Tylko często prawda pokazuje swą udręczoną twarz w sytuacjach kryzysowych: rozwodu, utraty pracy, pierwszego zawału. Wtedy nie ma już sił ani motywacji, żeby coś ukrywać, znosić dalej bezradność, kryć się pod maską twardziela.